powrót do Strony Głównej

  

 Pokój Chrystusa niech będzie z Tobą.

W tym miejscu chcę napisać świadectwo przemiany jaka zaszła w moim życiu pod wpływem lektury orędzi "Prawdziwe życie w Bogu". Być może zadajesz sobie pytanie dlaczego nie mówię po prostu o powrocie do Jezusa i praktykowania wiary katolickiej, po co dodaję, że dzięki orędziom "Prawdziwe życie w Bogu"?. Mój drogi Internauto, robię to dlatego ponieważ posługując się właśnie nimi, Jezus przywołał mnie do Siebie i zdobył moje serce. Dzięki tym orędziom teraz świadomie i dobrowolnie oddaję całkowicie moją duszę w ręce Chrystusa, w Jego panowanie i opiekę nade mną.  Tym orędziem Jezus obudził moją duszę, przypomniał mi Swoją miłość do mnie, zachęcił do powrotu do Niego.. i osiągnął Swój cel! Orędzia "Prawdziwe życie w Bogu" są pięknym i pożytecznym darem dla nas od Boga. Chcę mówić o tym darze, dzielić się nim z innymi.  

Gdy opowiadam o tym jak bardzo moje życie i relacje z Chrystusem  zmieniły się na dobre, to wielu autentycznie cieszy się z tego powodu. Ale spotykam się również z radami, żeby opowiadać o tym nawróceniu, nie wspominając jednak o tym co mnie do tego  nawrócenia doprowadziło.... Po pierwsze, nie ma możliwości pominąć tego faktu, bo orędzia "Prawdziwe życie w Bogu" są fundamentalnym i najważniejszym czynnikiem jaki miał wpływ na moje nawrócenie.  Z doświadczenia wiem, że ludzie pytają co się wydarzyło, że zostałam zachęcona do powrotu do Jezusa. Dla mnie są to pytania jak najbardziej naturalne i zawsze odpowiadam, że to lektura orędzi "Prawdziwe życie w Bogu" mnie do tego zachęciła.  Weźmy za przykład Dzienniczek św. Faustyny. Istnieje wiele świadectw o uzdrowieniu czy nawróceniu dzięki lekturze Dzienniczka Św. Faustyny. Ludzie piszą otwarcie, że to przez Dzienniczek św. Faustyny Jezus przyciągnął ich do Siebie i zdobył. I ja również podaję czym Bóg posłużył się aby mnie do Siebie przyciągnąć. Po drugie,  nie chcę zatajać informacji o roli orędzi w moim nawróceniu- które się dokonało- bo w ten sposób daję też świadectwo, jak dobry owoc daje lektura tych orędzi. Wiem, że dzięki orędziom "Prawdziwe życie w Bogu" dzieją się cuda nawrócenia. Oby jak najwięcej ludzi poznało te orędzia. 

Drogi Internauto, teraz przechodzę do opowiedzenia ci mojej historii. Świadectwo to będzie moim wyrazem dziękczynienia Bogu za otrzymane łaski. Chwała Chrystusowi na wieki wieków!

 

  

Uwięziona w ciemnościach grzechu.... 

Należę do kościoła katolickiego. Zawsze należałam. Pochodzę z rodziny dość praktykującej, dlatego już od dzieciństwa dowiadywałam się o Bogu. Rodzice uczyli mnie modlitw i zabierali do kościoła. Bardzo lubiłam lekcje katechezy w szkole, lubiłam Jezusa. Pamiętam że pewnego letniego dnia gdy miałam 7 lat biegałam sobie z koleżanką koło domu i nagle zauważyłyśmy, że obok żywopłotu leży banknot pieniędzy. W jednym czasie obydwie zerwałyśmy się do biegu. Od dzieciństwa szybko biegałam, więc byłam pierwsza koło banknotu ale zobaczyłam, że obok leży mały obrazek z Jezusem Miłosiernym. Wzięłam oby dwie rzeczy. Wtedy koleżanka powiedziała, że choć ja przybiegłam pierwsza, to zobaczyłyśmy to w tym samym momencie i powiedziała, żebym wybrała jedną z tych rzeczy, a drugą oddała jej. Popatrzyłam na banknot o bardzo dużej wartości... w jednej ręce, a zaraz na obrazek z Jezusem, który trzymałam w drugiej. I jak tak patrzyłam na ten obrazek, pomyślałam sobie o  Jezusie, jaki On jest pełen dobroci..lubiłam Go przecież... I oddałam koleżance banknot. Koleżanka była w szoku :) Mówiła, że dziwna jestem czy głupia, bo przecież za tyle pieniędzy to mogłabym sobie kupić całe mnóstwo takich obrazków. No w sumie miała rację, ale tu nie chodziło o interes, ale o symboliczny wymiar tej chwili. Czułam się szczęśliwa, że tak wybrałam. W swoim małym serduszku odczuwałam, że to był bardzo dobry wybór, jakiś wewnętrzny głos mi tak mówił, i poszłam sobie do domu wpatrując się w obrazek myśląc o Jezusie. Lubiłam Go, do spraw związanych z Bogiem czy wiarą podchodziłam z szacunkiem i powagą. Nie rozumiałam moich koleżanek kiedy podczas pierwszej Komunii św. nie były zainteresowane Mszą, to była tak piękna chwila....

Byłam posłuszną osobą dlatego do późnego wieku młodzieńczego słucham rodziców, także w kwestiach wiary. Czułam się dobrze z tym.  Był czas kiedy nawet myślałam, żeby pójść do zakonu. Byłam na rekolekcjach w kilku zakonach, ale niestety... to nie było dla mnie, a poza tym zaczął się zły czas w moim życiu.... Czas gdy coraz częściej wybierałam grzech aż w końcu znalazłam się całkiem w jego sidłach... Przez to moje umiłowanie grzechu stopniowo zrywał się  mój kontakt z Bogiem coraz bardziej i bardziej i przez to skrzywiało się właściwe widzenie przeze mnie Prawdy do tego stopnia, że  mój stosunek do Boga i wiary w końcu osiągnął żałosny stan. Jeżeli miałabym po krótce scharakteryzować jak wtedy wyglądał, to był taki:

  • chodziłam na Mszę czasem co dwa tygodnie, czasem co miesiąc- ze względu na rodziców, dla formalności 

  • na Mszach zwykle nie uważałam, myślałam o innych sprawach

  • spowiadałam się tylko na święta, albo na jakieś uroczystości dlatego że "tak trzeba"  

  • bywały chwile w których wątpiłam, że Sakrament Pokuty jest potrzeby

  • nie czułam potrzeby przyjmowania Komunii św. 

  • nie miałam  potrzeby Boga w moim życiu.

  • nie czułam potrzeby modlenia się do Boga

  • czasem mówiłam o Bogu źle, śmiałam się z żartów ośmieszających religię czy praktyki religijne 

  • burzyłam się na niektóre nauki kościoła, np. że współżycie przedmałżeńskie jest grzechem, że antykoncepcja sztuczna jest zła, że nie wolno dokonywać eutanazji. W swoim zaślepieniu duchowym uznawałam to za ograniczanie wolności, za błąd.

  • zdarzało mi się myśleć źle o pobożności, uznawałam ludzi pobożnych za jakichś dziwaków albo nudziarzy. "Coś jest z nimi nie tak" myślałam.

  • byłam przywiązana do pewnych grzechów przez kilka lat... a co gorsza po spowiedzi nie czułam potrzeby, żeby z tym zerwać. 

Z jednej strony wyznawałam wiarę w Chrystusa, ale nie żyłam po chrześcijańsku. Byłam  taką typową katoliczką, przynoszącą wstyd Bogu i samej wierze.  Po dziś dzień trochę nie dziwię się ludziom, którzy mają dość negatywne  zdanie o katolikach mówiąc o ich obłudzie... Wiele z tego jest prawdy.  Bo jeśli w swym życiu spotykają tylko takich katolików jakim ja byłam kiedyś, to rozumiem skąd ich reakcje, kpina... Choć powinni też powinni pomyśleć przede wszystkim o sobie samych, że też popełniają grzechy, choć może innego rodzaju.

I tak trwałam sobie w tym stanie oddalenia od Boga i przywiązaniu do grzechu aż przyszedł czas kiedy Bóg przez Swoją Sprawiedliwość pozwolił mi odczuć ciężar i konsekwencje grzechów, które popełniłam..... Ale jednocześnie przez Swoje Miłosierdzie, dał mi wcześniej przyjaciela, mojego ukochanego przyjaciela, który  stał się moim wsparciem i pocieszeniem w tych chwilach ciemności.. i cierpienia.... Musiałam przez to przejść, zasłużyłam na to. Wtedy jeszcze nie rozumiałam, że to przez grzech przyszło mi w końcu odcierpieć, to z mojej winy. Ale wtedy tego nie wiedziałam... Bogu dziękuję, za mojego przyjaciela, który był mi osłodą i pocieszeniem. Jednak mój przyjaciel nie mógł mnie wyzwolić z tego wszystkiego, taką rzecz może uczynić tylko Chrystus. I kiedy zbliżał się czas  kiedy miałam poznać orędzia  "Prawdziwe życie w Bogu" i dzięki ich słowom rzucić się w ramiona Jezusa.. i dokonać się przemiana mojego życia,  wtedy szatan  z większą mocą działał, aby zbuntować mnie przeciw Bogu  i udało mi się. Zaczęłam czuć złość na Boga, za to czego doświadczam, że jest bezlitosny, że jest "głuchy" na moje wołania...    Bo pomyślałam, że może zwrócę się do Boga o pomoc. Ale On milczał... milczał! Mogłam sobie wołać i wołać, mówić jak do ściany... w powietrze... Ale On był gdzieś tam daleko w Swojej chwale i ani myślał, spojrzeć na mnie i moje wołania.... I cisza. Doprowadzało mnie to do szału a zarazem pozbawiało sił. Szatan wykorzystał to aby przekonać mnie, że Bóg jest zły i nie ma sensu się zwracać o pomoc, że On mnie nienawidzi wręcz i wolałby żebym nie istniała...... żebym w ogóle odrzuciłam myśl, o jakimkolwiek zwracaniu się do Boga o pomoc..... No i cóż, uwierzyłam w te kłamstwa. Miałam coraz mniej sił... męczyło mnie to wszystko, dusiłam się tym grzechami, czułam ich ciężar i jak mnie zniewalały..... Poczułam się bez wyjścia, czułam beznadzieję, nie znajdowałam pomocy u człowieka, który nie ma mocy aby zdjąć ze mnie tego jarzma, Boga zdawało się  to wszystko nie obchodzić... 

 

Jezus jedyną mą ucieczką.

I tak sobie żyłam przez jakiś czas w tym moim wyjałowieniu,  aż  przyszedł dzień kiedy już miałam już tego dosyć, tzn. poddałam się z tym moim gniewem na Boga, poddałam się ze wszystkim... poddałam się. I przypomniało mi się o Jezusie.. (teraz wiem, że to Duch Święty dał mi natchnienie, abym przypomniała sobie o Jezusie) Był wieczór, siedziałam przed komputerem i postanowiłam poszukać czegoś w Internecie  o Jezusie. Po Biblię nie sięgałam... nie miałam ani sił ani chęci, żeby ją analizować. Pragnęła czegoś prostego, nieskomplikowanego,  cokolwiek związanego z Jezusem i  znalazłam się na stronie z cytatami religijnymi, a nas samej górze napis -Prawdziwe życie w Bogu - Czytałam te kilka fragmentów i domyślałam się, że są one z jakiegoś pisma natchnionego, tzn. jakiegoś dzieła mistycznego, coś jak Dzienniczek św. Faustyny itp., bo mówił w nich Jezus.... mówił o Swojej odwiecznej miłości do człowieka, że pragnie aby człowiek zbliżył się do Niego bez obaw,  nieważne jak bardzo był oddalony i grzeszny, że On go przyjmuje... żeby człowiek do Niego przyszedł bo pragnie jego powrotu. Jak ja na te słowa czekałam......... Szukałam czegoś w Internecie o Jezusie, z jakąś nieśmiałością myślałam czyby nie zwrócić się do Jezusa, a tu znajduję te fragmenty... jak te słowa mnie zachęciły! Ile te słowa dodały mi odwagi! Zamknęłam komputer i usiadłam na łóżku.  Brak mi słów aby wyrazić jak ja bardzo zapragnęłam w tamtym momencie Jezusa... Ja ja bardzo chciałam znaleźć się w Jego Ramionach, przytulić się, dotknąć Jego Włosów, pocałować w Policzek... Być może, mój drogi Internauto,  zadajesz sobie pytanie, jak ja mogłam pragnąć czegoś takiego? Przecież On jest Święty, o którym Jan Chrzciciel mówi:" ja nie jestem godzien, aby się schylić i rozwiązać rzemyk u Jego sandałów" (Mk 1, 7) a ja chciałam się do Niego przytulić....To, owszem, było emocjonalne czy uczuciowe, ale ja nie umiałam w inny sposób wyrazić nagłego pragnienia bliskości Jezusa w moim życiu, przynależenia do Niego. Mój duch w ogóle nie nie był rozwinięty, duchowo ja byłam prawie martwa.. jedynie co miałam to uczucia.  To było jedyne co przychodziło mi na myśl,  tak desperacko rzucić się w Jego Ramiona, przytulić się i już nigdy z Jego objęć odchodzić.  Nawet mi na myśl nie przyszło, żeby pytać czy mi tak wolno. Ja tylko pamiętałam z katechez, że Jezus był pełen dobroci i przychodził do tych nawet najbardziej nędznych, odrzuconych, wyśmianych, osądzonych przez ludzi, On ich wszystkich przyganiał do Siebie, On  ich uzdrawiał, On miał w sobie Bożą moc. Jezus w mojej świadomości zawsze był Kimś o wielkiej dobroci, skromności, mądrości, szlachetności. I wtedy postąpiłam tak jak pewnie postąpiłabym, gdybym żyła w czasach Jezusa i spotkała Go na ulicach Jerozolimy. On nie odepchnąłby mnie.. Nie, nie Jezus....Może ludzie by się dziwili, może niektórzy by się  zgorszyli widząc to, ale Jezus znając moją duszę wiedziałby dlaczego tak robię, i  że inaczej nie umiałabym wyrazić mojego pragnienia przynależenia do Niego, potrzeby Jego bliskości,  Jego całkowitej opieki nade mną... aby stać się Jego własnością.  Ja po prostu ufałam bardzo, że On może mi pomóc oraz że jest moją jedyną ucieczką.  Ufałam, że jak On weźmie mnie pod swoją opiekę to wszystko będzie dobrze.  Całą moją duszą zapragnęłam Jezusa, całkowicie, zupełnie.. już chyba bardziej zdać się na Boga nie można.  I wtedy poczułam w swojej duszy jak wypełnia mnie miłość..... Poczułam moc  miłości w mojej duszy. Całą moją duszą czułam miłość, płomienną  miłość.. ona mnie wypełniała.... Tak bardzo byłam szczęśliwa, rozpalona miłością, tak bardzo... Trwało to intensywnie kilkanaście sekund, ciężko mi określić ile dokładnie, potem już mniej intensywnie ale wciąż mocno i wyraźnie. Było mi tak lekko, w ogóle nie czułam ciężaru mojego ciała, tak jakbym w ogóle go nie miała, czułam tylko to co duchowe... czułam jak wypełnia pokój, blask.  Niezapomniane uczucie, poczułam, że to Bóg mnie przyjął, dał mi odczuć Swoją Miłość i obdarzył pokojem- głębokim, niezmąconym pokojem.  (Kimkolwiek jesteś, czy uznajesz Chrystusa za Boga czy nie, czy w ogóle wierzysz w istnienie Boga czy nie, życzę ci z całego serca abyś doświadczył w ten sposób miłości Bożej w swoim  duchu! abyś  tego doświadczył...) Pamiętam, że zaraz potem pomyślałam o moim ukochanym przyjacielu. Tak bardzo chciałam, żeby był wtedy blisko mnie, żeby mógł też to poczuć co jak poczułam. Byłam taka przepełniona miłością, promieniująca tą miłością, że myślałam, że jak bym go objęła to ta miłość przenikła by i rozpaliła miłością jego duszę. Bardzo chciałam się tą miłością podzielić. To było dla mnie niespodziewane doznanie. Dane mi było tylko wiedzieć, że to pochodzi od Boga.  Nigdy jednak wcześniej czegoś takiego nie doświadczyłam, nie wiedziałam, że w ogóle mogę coś takiego doświadczyć, czy oczekiwać takiego przeżycia. Ja tylko pragnęłam być z Jezusem, pod Jego opieką, ale ani mi na myśl nie przyszło, że ja mogę odczuć w sobie Jego miłość... i to jeszcze tak wyraźnie. Bardzo mnie to  zaskoczyło. Następnego dnia, jako że wcześniej czegoś takiego nie doświadczyłam, więc zaczęłam przeszukiwać Internet o miłości Jezusa, o jakichś doznaniach duchowych, może  Dzienniczek św. Faustyny i z linka na link znów znalazłam się na tej stronie z fragmentami. Jak się potem okazało -Prawdziwe życie w Bogu- to tytuł prorockich orędzi pokoju i miłości otrzymanych od Boga przez p. Vassulę Ryden, mistyczkę naszych czasów.:) Przez cały dzień czytałam te orędzia a Duch Boży mnie wypełniał pokojem i miłością. To był cudowny dzień. I od tego momentu wszystko w moim życiu  zaczęło się zmieniać.

 

 

 Zawierzam się całkowicie opiece Chrystusa.

Czytałam sobie to orędzia i czytałam chyba z miesiąc czasu, nie pamiętam dokładnie. Pamiętam, że już na początku, po lekturze wielu  fragmentów orędzi "Prawdziwe życie w Bogu" poczułam wielki żal z powodu grzechów.. Początkowo nie czytałam chronologicznie tych orędzi, tylko tam gdzie mi się kliknęło, dopiero potem zaczęłam czytać tak jak należy. Natrafiałam na różne fragmenty, najczęściej te w których Bóg mówi o Swojej wielkiej miłości do człowieka, tak potężnej i serdecznej a jak bardzo wzgardzonej przez niewdzięcznego człowieka. Wtedy Bóg pozwolił mi uświadomić sobie, że to ja jestem tym niewdzięcznym człowiekiem. Bardzo płakałam na wspomnienie tego jak moje życie wyglądało, zdałam sobie sprawę z liczby grzechów jakie popełniłam, stopnia zaangażowania z jakim w tych grzechach tkwiłam. Pamiętałam cierpienie moje z tego powodu, jak byłam tym przytłoczona tym grzechem. Zdałam sobie również sprawę jak bardzo zraniłam Boga przez moje postępowanie. Pamiętam, że już następnego dnia po tym jak doświadczyłam miłości Boga w sobie, zaczęłam się modlić, po tak długiej przerwie. Pamiętam dobrze ten czas, bo nie potrafiłam  wiele mówić- cały czas płakałam, żałowałam, chciałam zawrócić czas.  Bóg pozwolił mi uświadomić sobie dobrze, z jednej strony ogrom Jego bezgranicznej miłości, o której przypominał w orędziach "Prawdziwe życie w Bogu"- tej  samej miłości,  której pozwolił mi doświadczyć w tak wyraźny sposób tamtego pamiętnego wieczoru, a z drugiej strony  uświadomić sobie moje dotychczasowe odnoszenia się względem Boga, tego jak grzeszyłam. Miłość Jezusa i moja niewdzięczność- ta konfrontacja  była bolesna. Wiesz co mnie najbardziej w tych dniach, mój drogi Internauto,  poruszyło? To, że Bóg przyszedł do mnie. Do mnie... A kim ja byłam? Zwykłym osobą, nic nie znaczącą, nie miałam Mu nic do ofiarowania, zupełnie nic....  miałam jedynie mnóstwo grzechów, żałosne postępowanie i moją beznadzieję. Czyli myśląc tak po ludzku, nie zasługiwałam na to, żeby Bóg dał mi odczuć Swoją obecność. A jednak! Zauważył mnie i zlitował się. Przyszedł i dał mi poczuć jak mnie kocha. Tak bardzo poruszyło to moją duszę i spotęgowało mój żal.. Trwało to przez wiele, wiele dni.  Choć wtedy taka brudna  bez oporów rzuciłam się w moim duchu w Ramiona Jezusa, później zauważyłam, że przecież jestem pełna grzechów, z których powinnam się wyspowiadać. Ale miałam zwyczaj spowiadać się tylko na święta, albo jakąś ważną uroczystość, no bo "trzeba było". Choć nie było mi łatwo,  to mimo wszystko chciałam, chciałam mieć czyste serce,  dla Jezusa. Wiem, że On również  tego oczekiwał, bo pewnie nie przypadkiem w orędziach "Prawdziwe życie w Bogu"  natrafiałam na fragmenty, w których przypomina o potrzebie spowiedzi. To było czynnikiem, którym utwierdził mnie i zachęciła, żebym jednak poszła do spowiedzi. Tym razem  pragnęłam się wypowiadać tak bardzo szczerze, wszystko wyznać  i zacząć wszystko od nowa.  Spowiedź, spowiedź, spowiedź.....Poczułam się gotowa. Pamiętam ten dzień dobrze:  zdecydowałam się pójść  na nogach do kościoła, aby wyznać swe grzechy w konfesjonale.. Prosiłam Jezusa o towarzystwo, żeby szedł obok mnie, i czułam w swojej duszy, że rzeczywiście mi towarzyszy. Nie wiem, może Bóg zgodził się na to bo cieszył się, że podjęłam dobrowolną decyzję o spowiedzi, albo dlatego, żeby dodać mi otuchy czy odwagi, bo w końcu nie miałam zwyczaju chodzić do spowiedzi poza świętami i to jeszcze z taką szczerą chęcią aby wszystko szczerze wyznać przez Nim w obecności kapłana. Gdy pojawił się kościół, pełna skupienia i spokoju weszłam... i okazało się, że nikt nie spowiadał.  Zeszłam do dolnego kościoła, z nadzieją, że może tam... i nic. Wtedy dosłownie coś we mnie pękło....Jeszcze bardziej wyraźnie poczułam żal, za to wszystko co zrobiłam. Tak bardzo mi było smutno, bo chciałam mieć moje grzechy odpuszczone. Pomyślałam, że może pójdę do innego kościoła, przy którym jest mała kaplica adoracyjna Najświętszego Sakramentu i obraz Jezusa Miłosiernego. Wiem, że był tam również konfesjonał. Szanse, że będzie tam spowiedź były ok.10%, ale i tak pomyślałam, że warto spróbować. Jak nie będzie spowiedzi to chociaż się tam pomodlę.  Kolejna godz. marszu, tym razem nie odczuwałam towarzystwa Jezusa blisko mnie, ale wiem, że był.  Łzy miałam w oczach, gardło miałam ściśnięte  z żalu... I ciągle zadawałam pytanie: Dlaczego Panie tam nie spowiadali? Czy nie jestem jeszcze gotowa, czy nie żałuję wystarczająco, czy myliłam się w rozeznaniu?" I tak się czułam przez całą drogę. Kiedy dotarłam na miejsce, weszłam do środka i zgadnij co się okazało- nie było spowiedzi. Dla mnie wydawało się już wszystko jasne.... Pomodliłam się chwilę przed Najświętszym Sakramentem, wstałam i odwróciłam żeby wyjść a tu nagle ksiądz wchodzi do konfesjonału!  To była dobra spowiedź. Wyspowiadałam się z wszystkiego co  pamiętała, to była spowiedź generalna, z całego życia, bardzo otwarcie wyznawałam grzechy, z taką samą szczerością i pełnią  z jaką rzuciłam się z ufna w ramiona Jezusa. Wróciłam do domu i wieczorem bardzo gorąco się od tego czasu modliłam do Jezusa. Prosiłam żeby nie pozwolił abym się już nigdy nie oddaliła się od Niego, błagałam aby nie dopuścił bym wpadła w ciemności, aby mnie uwolnił z tych wszystkich zniewoleń, prosiłam aby się mną opiekował. Chciałam należeć do Boga, zapragnęłam całkowicie zawierzyć się opiece Boga i to zrobiłam, och.... jak ja pragnęłam Boga!.

 

 

Chcę wzrastać. Pragnę aby Bóg mnie pouczał. 

Przez następne miesiące coraz częściej i więcej czytałam orędzia "Prawdziwe życie w Bogu". Można powiedzieć, że ten etap to był czas mojego uważnego skupienia się nad treścią orędzi, rozeznawania i wsłuchiwania się do Duch Święty do mnie mówi. To był taki kontemplacyjny czas. Rozważałam treść tych orędzi  z uwagą i słuchałam tego o co Bóg w nich prosi, przed czym przestrzega, do czego zachęca. Brałam sobie do serca te słowa  i modliłam się przez długi, długi czas.. Chcę zwrócić uwagę, że to jest jeden z pierwszych dobrych owoców lektury tych orędzi, owoc który pojawił się na samym początku. Ja czytałam orędzia a potem z wielkim pragnieniem i radością klękałam żeby się modlić, po prostu mówić do Boga, a potem czytać Biblię.  Pamiętam, że  zapragnęłam także dobrze praktykować moją wiarę. Pierwszą rzeczą, którą poczułam, że powinnam robić to przyjmować Komunię tak często jak to możliwe. Bóg bardzo podkreślał w orędziach "Prawdziwe życie w Bogu", żeby przyjmować Komunię Św., bo w ten sposób będziemy trwali w zjednoczeniu z Bogiem, czyli będziemy trwali w Prawdziwe. Zresztą kto zna i pojmuje Ewangelię to wie, że te słowa z orędzi są tylko przypomnieniem tego co zostało już w tej Ewangelii powiedziane. A może zapytasz, mój drogi Internauto, czemu Bóg to przypomina? Dlatego, że ludzie choć wiedzą o tym, to jednak to ignorują... i to się dzieje na masową skalę. OK, ale wracając do tematu:  zaczęłam chodzić co dwa trzy dni na Mszę wieczorną. Po czym nagle okazało się, że muszę przez 2 miesiące dojeżdżać do Krakowa w pewnej sprawie i niestety wracałam stamtąd zbyt późno, żeby chodzić na Mszę  w tygodniu. Bardzo mnie to zasmuciło. (zasmuciło mnie , że nie mogę chodzić na Mszę- niesamowite!:)).  I wtedy pomyślałam, że mogę przecież wstawać o 4:00 i jeździć wcześniejszym pociągiem, żeby zdążyć na Mszę poranną na 7:00 do Bazyliki Mariackiej. Bardzo mnie to ucieszyło, że będę co dzień  spotykać się rano z Jezusem na Mszy i przyjmować Go w Komunii Św. i rzeczywiście tak robiłam. Nie przeszkadzało mi stawać rano, zawsze budziłam się pełna pokoju,  optymistyczna. Czasem za późno wyszłam z domu to musiałam biec przez las nie zważając na ciemność i śnieżycę, bo panowała wtedy  zima, ale udawało mi się zdążyć. Potem siadałam w prawie pustym pociągu i wyciągałam z torebki Nowy Testament (a w piątki książkę "Pasja czyli bolesna Męka Jezusa Chrystusa" A. Emmerich ) i czytałam sobie i rozważałam. (To tez piękna przemiana dzięki lekturze orędzi "Prawdziwe życie w Bogu". Kiedyś to ani na myśl by mi nie przyszło, żeby brać do pociągu do czytania Pismo Św., bardziej jakiś magazyn dla kobiet) Czasem udawało mi się też kończyłam  przed 15:00, więc zdążyłam na Koronkę do Bożego Miłosierdzia przed Najświętszym Sakramentem w Kościele Mariackim,  a jeśli kończyłam później, to i tak tam szłam  adorować Jezusa w Najświętszym Sakramencie albo w tabernakulum. To był bardzo dobry czas w moim życiu... czułam w duszy pokój i stabilność, czułam, że jestem na dobrej drodze życiowej . Chcę tutaj jeszcze zwrócić uwagę, że dzięki orędziom "Prawdziwe życie w Bogu" zaczęłam się również modlić do Ducha Świętego. Wcześniej zwracałam się tylko do Boga w Osobie Jezusa, ale dowiedziałam się z orędzi jak ważnym i korzystnym dla człowieka jest modlić się do Ducha Świętego o Jego Światło, dar rozeznania, mądrości aby móc właściwie pojąć prawdy zawarte w Biblii i móc rozeznać czego Bóg ode mnie pragnie. I zaczęłam prosić z serca o Światło Ducha Świętego, aby Duch Święty mnie pouczał.  Dałam Mu całkowitą wolność w kształtowaniu  mnie. Wiesz, ja byłam bardzo wdzięczna Bogu, że przyszedł do mnie, pocieszył mnie i napełnił tamtego wieczoru moją duszę pokojem i miłością. Byłam wdzięczna, doceniałam to bardzo, dlatego nie stawiałam żadnych oporów, przeszkód, nie miałam żadnego "ale" wobec Boga, jakichś własnych propozycji. Nie chciałam mieć swojej własnej mądrości, chciałam tylko Mądrości Bożej, żeby prowadziła mnie. Całkowicie, bezwarunkowo  oddałam się Duchowi Świętemu.  Może cię to dziwi to moje zachowanie, może nie. Ale wyobraź sobie bezpańskiego psa-wygłodniałego, rozżalonego, z poranionymi łapami, błąkającego się.. wyglądającego z resztą nadziei jakiegoś wybawiciela... aż nagle przechodzi jakiś człowiek, lituje się nad nim, zabiera tego psa do swojego domu, opatruje mu rany, daje mu jeść, przytula z miłością. Pies w końcu czuje się szczęśliwy i ani myśli wracać na ulice. Ten pies chce zostać z tym człowiekiem i jest  mu tak posłuszny, robi co mu pan każe, słucha swojego pana i ufa mu, wiedząc, że jego pan chce dla niego tylko dobra. Podobnież było ze mną i Bogiem.  Dlatego oddałam Duchowi Świętemu całkowitą wolność w kształtowaniu mnie i kierowaniu mną.  Chciałam się zmienić, chciałam stać się lepsza.... dla Jezusa.... 

     

 

 

 

         

Jak odczułam obecność Boga

Chciałabym teraz napisać  krótko o tym jak Bóg pozwolił mi odczuć Swą obecność w moim życiu w sposób szczególny. To są piękne momenty.  Bóg dał mi odczuć Swą obecność w taki sposób bo po prostu tak chciał. To jest  Jego łaskawość. I te wszystkie znaki Bożej obecności, które mam, za każdym razem skłaniają mnie do większej refleksji nad dobrocią Boga. Boga... który  nie ma względu na osobą, i daje się odczuć także tym zwykłym "szarym" ludziom,  którzy  nie mają jakichś osiągnięć, zasług. Mają  jedynie swoje serce do zaofiarowania. Opowiem tylko wybrane momenty, te najszczególniejsze. 

 Pierwszy raz kiedy poczułam obecność Boga w sposób szczególny,  to było tego pamiętnego wieczoru przed dwoma laty, kiedy Bóg napełnił mnie miłością  i pokojem. Już to opowiedziałam z detalami, nie będę tutaj pisać tego jeszcze raz. 

Chciałam ci opowiedzieć też jeden sen z udziałem Jezusa, może to nie odnosi się do odczuwania Bożej obecności w moim życiu, ale jest to piękny dla mnie dar od Boga. To tylko sen... ale jakże piękny. Pierwszy raz kiedy przyśnił mi się w życiu Jezus, był najbardziej niezwykły. Nie tyle dlatego, że nigdy wcześniej w moich snach się nie pojawiał. Po prostu nigdy wcześniej nie miałam snu,  w którym odczuwałam w taki sposób. Miewałam sny, w których wydawało mi się, że to nie sen a rzeczywistość, ale to nie było to samo. Nie umiem tego wyjaśnić, ale to było coś niezwykłego. Byłam w podziemiach jakiegoś zamku. Było tam ciemno, ale gdzieś musiało się palić jakaś pochodnia, dzięki czemu mogłam widzieć gdzie się znajduję. Wszędzie było pusto, gołe ceglane ściany. Szłam przed siebie i zobaczyłam, że po lewej stronie jest jakby wklęsła ściana, a na środku zawieszony duży obraz Matki Boskie Częstochowskiej otoczony zewsząd zapalonymi świecami.  Panował tam niezmącony spokój, cisza, czułam się tam dobrze. Obróciłam moja głowę w prawo i zobaczyłam, że tak półtora metra przede mną stoi Jezus! Żywy! Ubrany był w białą tunikę i emanował  z Niego niewysłowiony pokój.....który mogłam odczuwać. Stał odwrócony lekko profilem w moją stronę i milcząc spoglądał na mnie wyczekująco, a ja nie mogłam uwierzyć w to, że Go na prawdę widzę. No proszę cię odwróć swoją głowę w bok i wyobraź sobie, że widzisz Jezusa, nie byłbyś zaskoczony? A w sumie nie powinieneś, w końcu jest powszechnie wiadome, że mówią, że On  zmartwychwstał. U mnie tak właśnie było- widziałam przed sobą Jezusa właśnie w taki sposób i nie mogłam w to uwierzyć... :)  Co to za niesamowite uczucie... nie mogłam w to uwierzyć.. i wtedy zauważyłam, że znalazłam trochę dalej od Jezusa a On zaczął zmieniać się w gipsowy posąg Jezusa-Króla. Tak mnie to zasmuciło, że już przestaje Go widzieć żywego, zaczęłam w duchu wołać: "już wierzę!", "już wierzę..." z nadzieją, że może znów ujrzę Go żywego. Ale wtedy Jezus  znikł a moją duszę ogarnął wielki smutek.  I tak się mój sen zakończył.... Był to dla mnie zachwycający sen, przepiękny dar od Boga, że przyśnił mi się sam Jezus i mogłam odczuwać, że to się dzieje w rzeczywistości. Nie podejmowałam się jakiejś analizy tego snu, ale zastanawiałam się czy może Bóg nie chciał mi coś symbolicznie przez ten sen przekazać. I dopiero teraz.... kiedy wspominam sobie ten sen i to jak moje życie bardzo się zmieniło od czasu kiedy poznałam orędzia "Prawdziwe życie w Bogu" rozumiem, że ten sen nie był mi dany tylko dla mojej radości ale także aby mi przekazać: "Ja, Jezus, zatriumfuję nad tobą".  I teraz widzę, że to się właśnie się dokonało.......

Potem przez następne miesiące dalej czułam się szczęśliwa z tego, że jestem blisko Boga. Modliłam się do Boga, rozmyślałam nad Nim, chciał abyśmy zawsze byli razem. Bóg wiele razy pozwolił mi odczuwać pokój wyraźniej w swoje duszy, szczególnie podczas modlitwy, albo gdy zaczęłam dawałam ludziom i księdzu orędzia "Prawdziwe  życie w Bogu". 

Ale Duch Święty zechciał również, abym miała chwile w których poczuję Jego obecność w bardziej intensywny sposób.  No i trzy miesiące temu (paź. 2006) znowu wypełnił mnie Duch Miłości. Była noc i jak jak zwykle rozważałam Mękę Jezusa i modliłam się,  i wszystko było jak zawsze- pokój i harmonia. Kiedy skończyłam się modlić i podchodziłam aby zgasić świecę wtedy ogarnął mnie Duch Miłości. Znowu Duch Święty zamanifestował swą obecność we mnie, rozpalił miłością, to jest na prawdę płomienna  miłość:). Tym razem także myślałam, że jakbym kogoś objęła to ta ta miłość przenikłaby duszę drugiej osoby, na pewno ten ktoś poczułby tę miłość, byli byśmy tacy zjednoczeni w tym duchu miłości, rozpłomienieni tą miłością. Znowu czułam się zaskoczona tym, że Bóg daje mi odczuć swoją obecność tak wyraźnie. Czułam satysfakcje z tego stanu jaki trwał dotychczas przez tyle miesięcy, czyli taka wewnętrzna harmonia, cichość, spokój. Czułam się dobrze i szczęśliwa z takiego stanu i relacji z Jezusem. Nie czułam jakiegoś duchowego "głodu" czy braku. Dlatego nie spodziewałam się, że Bóg jeszcze raz  zechce rozpalić mnie miłością:). Czy było to piękne? -To było cudowne!:)

Miesiąc później Bóg pozwolił mi odczuć Swoją Obecność wyraźnie na Mszy Św . po tym jak przyjmowałam Komunię Św. Chodziłam sobie kilka razy w tygodniu na Mszę wieczorną i wtedy Bóg pozwolił mi kilka razy odczuć Jego obecność wyraźniej. Było to może 3 albo 4 razy, kiedy czułam ogarniający mnie pokój i lekkość w duszy pod koniec Msz Św., po tym jak przyjęłam Komunię Św. Zawsze czuję się normalnie, spokojna  na Mszy Św., ale w tych dniach poczułam w sobie jak zaczyna wzrastać we mnie pokój, czułam w dobie ducha życia i pokoju, czułam to samo co zwykle tylko intensywniej. Ten piękny stan towarzyszył mi  także  podczas drogi powrotnej z kościoła do domu. Miło było mi to odczuwać. Uśmiechałam się delikatnie sama do siebie a także do Boga, że mi tak pozwala odczuwać Siebie w mojej duszy. Nigdy nie wątpiłam w to, że podczas Komunii przyjmuję prawdziwe Ciało Chrystusa. Nigdy nie podważałam tej Prawdy i zawsze podchodziłam do tego z szacunkiem. Ale też nie przypuszczałam, że będę kiedyś mogła Go poczuć tak wyraźnie.

 Później okazało się, że dane mi było odczuć Boga jeszcze wyraźniej  i to w momencie  przyjmowania Komunii Św. To było na początku Adwentu.  Było to w momencie bardzo przykrym dla mnie, bo nie udało mi się wypełnić Woli Bożej. Chciałam pomóc sporej liczbie osób, a Bóg dał mi natchnienie jak to wypełnić. Przypuszczałam, ze szatan będzie przeszkadzał, żeby ten projekt się nie zrealizował, nie wiedziałam tylko że zadziała z taką mocą... Przyszedł dzień, w którym wszystko miało zacząć być realizowane. I tak rankiem szłam sobie po spowiedzi chodnikiem i mówiłam Bogu, że będę sumienna i pracowita, a gdy pojawią się jakieś przeszkody, to ja będę je pokonywać, nieprzyjemności cierpliwie znosić. Tak, dla Jezusa zniosę wszystko!  Bo tak na prawdę w sercu czułam. Mówiąc to nie wiedziałam, że jeszcze tego samego dnia Bóg wystawi mnie na próbę............ Tego samego dnia miała miejsce bardzo przykra dla mnie sytuacja,  przez którą  wycofałam się od wypełnienia Woli Bożej. Nie potrafiłam znieść przykrości, których tam doznałam i której pewnie jeszcze nie raz mogłabym doświadczyć. Choć najgorsze w tym wszystkim nie były te słowa ale zła moc z jaką były wypowiadane. Nie potrafiłam tego przezwyciężyć dla Jezusa, nie chciałam tych przykrości... Wiedziałam, że "szatan macza w tym palce", że  to szatan działa przez tą osobę, żeby mnie zniechęcić. Od samego początku byłam tego świadoma. Noc była najgorsza.. wiedziałam, że rezygnując daję zwyciężyć szatanowi i przynoszę wstyd Bogu. Pamiętałam dobrze  co mówiłam Jezusowi rano, że zniosę wszystko dla Niego. No i nagle okazuje się, że nie.... Nie wzywałam nawet Jezusa o pomoc, ja nie chciałam pomocy bo nie chciałam mieć już z tamtym miejscem i tym człowiekiem nic wspólnego.  Potem dowiedziałam, że nie będzie tak źle i  że takie coś mogło by się nie powtórzyć. A ja? Ja za każdym razem to odpychałam... Wiedziałam, że każde to odepchnięcie było powiedzeniem "nie" Woli Bożej.... W mojej duszy rozbrzmiewał jeden wielki krzyk rozpaczy. Ból, wstyd, hańba, że zawodzę Boga.....ŻE NIE SPEŁNIAM WOLI BOŻEJ. Jakie obrzydzenie i wielką niechęć czułam do samej siebie- nędznej istoty. Tak wielki żal i ból czułam z tego powodu, że nie mogłam się przełamać!. Przez 3 dni modliłam się Koronką do Bożego Miłosierdzia o miłosierdzie dla tej osoby, która sprawiła mi tą przykrość i o miłosierdzie dla mnie......o litość nade mną..., że nie chcę walczyć z przeszkodami, że ta obietnica, którą dałam Bogu przestaje być ważna w obliczu nieprzyjemności jakie muszę przyjąć, za cenę jej realizacji ... Tak bardzo czułam  żal, że nie potrafię wypełnić Woli Bożej. Jak strasznie to bolało! Na trzeci dzień poszłam wieczorem na Mszę Roratnią, postanowiłam ofiarować ją oraz Komunię Św. w intencji miłosierdzia dla mnie i dla tej osoby. Byłam taka przybita, pozbawiona siły... Przyszedł moment przyjęcia  Komunii Św., podeszłam do ołtarza, uklękłam i wtedy wydarzyła się rzecz piękna. Jak tylko komunikant znalazł się na moim języku cały smutek i przygnębienie w jednej chwili  rozproszył się a ogarną mnie pokój ... jeden wielki pokój w mojej duszy. Wstałam od ołtarza i wracając do ławki nie mogłam w to uwierzyć w to co czuję.  To tak jakby ktoś w mojej duszy rozlał balsam, który załagodził wszystkie rany. Pokój, pokój, lekkość.. wytchnienie, odpoczynek, wolność, pokój..... Czułam się tak cały czas. Nocą gdy modliłam się do Boga, nie wiedziałam co powiedzieć.... pozostawało mi tylko schylić głowę przed Bożym miłosierdziem, którego głębi nigdy nie pojmę..... Następnego dnia też tak się czułam,  poszłam na Mszę i przyjęłam Komunię Św. i wciąż czułam się równie dobrze, pełna niezmąconego pokoju. Zrozumiałam, że Bóg mi to wszystko wybaczył, że zapomina o tym, że odchodzi to zdarzenie do przeszłości. 

Nie wiem dlaczego dopiero teraz Bóg pozwolił mi odczuwać mi  Swoją obecność wyraźnie na Mszach po Komuniach Św. i raz w czasie jej przyjmowania. Dlaczego tylko te kilka razy,  a teraz znów jest tak jak kiedyś, bez silniejszych odczuć. Nie wiem, ale skoro Bóg tak zadecydował to pewnie ma to jakieś znaczenie, którego ja na razie nie znam. Ale dziękuję Mu za te chwile. 

Tak, to były chwile szczególne, bo przez pozostały odczuwałam zwykły spokój i wewnętrzne wyciszenie. Podsumowując sprawę odczuwania obecności Boga, to teraz odczuwam Jego ducha w sobie o wiele częściej i lepiej niż na początku, podczas rozważania Biblii, modlitwy, ale także w innych chwilach.

Mój drogi Internauto, chcę ci na koniec powiedzieć, że szatan na prawdę istnieje. Mnie od samego początku próbował oddalić od Chrystusa. Chce to opisać ze szczegółami, więc napiszę to w osobnym dziale. Teraz powiem tylko, szatan bardzo się wścieka jak jakiś człowiek powraca do Boga, wymyśla przeróżne sposoby, żeby tylko zniechęcić cię, kreować fałszywy Jego Obraz, byle tylko zbuntować cię na Boga. A jak dusza już powróci do Jezusa i na dodatek, zaczyna głosić Jego Miłosierdzie, to próbuje jeszcze bardziej odsunąć cię od Boga, zbuntować na Niego.  Ja też przechodziłam przez chwile buntu i wiesz co wzbudzało we mnie skruchę, sprawiało,  że odrzucałam bunt  i  podejmowałam decyzję o powrocie do Jezusa?- lektura orędzi "Prawdziwe życie w Bogu".... Chwała Bogu za wszystkie Jego Dzieła!

 

Jak wygląda moje życie teraz, czyli o owocach.

Od tamtego dnia kiedy znalazłam orędzia "Prawdziwe życie w Bogu" mija już sporo czasu. Przez ten czas Bóg stopniowo mnie kształtował i pouczał. Po dwóch latach od momentu, w którym dowiedziałam się o orędziach, wiele się w moim życiu zmieniło. Kiedy przypominam sobie jakie życie prowadziłam wcześniej i z jakim zaangażowaniem tkwiłam w pewnych grzechach, to mnie obrzydzenie bierze. Nie chcę już nigdy żyć jak kiedyś. Bardzo dbam teraz, żeby już tak nie grzeszyć i widzę u siebie duży postęp, jestem już uwolniona z przywiązania do pewnego grzechu, w którym trwałam przez kilka lat. Przede wszystkim bardzo teraz uważam, żeby nie grzeszyć, szczególnie grzechem ciężkim. To jest piękna przemiana. Nie chcę grzeszyć, po prostu nie chcę. Wciąż oczywiście popełniam grzechy i to w tak niegodziwy sposób..............co za nikły robak ze mnie! (Boże gdyby nie twoja nieskończona litość nade mną... gdyby nie Twoja litość.....czy ja kiedykolwiek, mój słodki Jezu, zdołam się odwdzięczyć za Twe miłosierdzie?) Ale wiesz, mój drogi Internauto,  teraz o wiele bardziej jest mi przykro z powodu popełnienia grzechu niż kiedyś. Bardzo mnie to boli. Ale teraz jest we mnie prawdziwa chęć i zależy mi, żeby starać się bardziej i już więcej tak nie obrażać Boga grzechem.  Skoro mowa o zmianach, to przede wszystkim zaszły zmiany w moim duchu. Zauważyłam, że wzrosłam duchowo. Teraz jestem taka stabilna i pełna pokoju w duchu. A także radość z życia. Bardzo wzrosły we mnie chęci żeby rozwijać się, kształtować na różne sposoby. Wykorzystać zdolności, które mam dla świadczenia o Bożej miłości, a także aby służyć bliźniemu. Im lepiej rozwinę swoje zdolności tym większy będzie z tego pożytek dla ludzi. ,b.Chcę stawać się lepsza i pomocna w rodzinie, i w ogóle wśród ludzi. Zwracam uwagę na to, aby panować nad swoim ciałem i rozwijać go na ile mogę, dbać o niego bardziej i szanować, to w końcu to świątynia Boga. Ale rozwój duchowy jest na pierwszym miejscu. Zauważyłam, że od czasu kiedy poznałam orędzia "Prawdziwe życie w Bogu" aż do chwili obecnej, im bardziej wzrastałam duchowo tym większe robiłam postępy w panowaniu nad swoim ciałem, a także bardziej otwierałam się na ludzi i ich potrzeby. Dalej pragnę bliskości Jezusa.. Od tamtego wieczora, kiedy przeczytałam po raz pierwszy orędzia "Prawdziwe życie w Bogu", nie przestaję pragnąć Jezusa w moim życiu ale jestem w tym pragnieniu taka opanowana, spokojna. Chciałabym zawsze trwać w Objęciach Boga, czyli po prostu pragnę  zjednoczenia mojej duszy z Duchem Świętym. Napełnia  mnie to łagodnością,  pokojem, mocą.  Jeżeli chodzi o zmiany duchowe, ale nie w odniesieniu do kontaktów z Bogiem, to generalnie stałam się osobą szczęśliwą i pełną pokoju. Czuje się uwolniona, swobodna, jak nowo narodzona. To jest chyba najlepsze określenie- nowo narodzona. Zapanowała w moim życiu harmonia i  ład. Jestem teraz  radosną osobą:) no i.... 

 

w końcu czuję wolność....Jestem wolna. Nareszcie wolna!

 

 

 

Mój stosunek wobec Boga, dzięki orędziom "Prawdziwe życie w Bogu" uległ zmianie tak, że teraz:

  • Kocham Boga :)

  • Bóg stał się dla mnie najważniejszy. Nie ma dla mnie i rzeczy ani istoty ważniejszej od Boga.

  • Dostrzegam, że Bóg jest bardzo cierpliwy, wyrozumiały i pełnym miłosierdzia dla mnie. Bóg jest miłością.

  • Rozumiem, że Bóg kiedy mnie upomina robi to z miłości i troski o dobro mojej duszy i jej zbawienia. Teraz to rozumiem i dziękuję Mu za to. Proszę Boga aby mnie uniżał i ćwiczył w pokorze.

  • Czuję, że jest nawiązała się między Mną a Bogiem więź. Chrystus jest moim bliskim Przyjacielem, któremu ufam całkowicie.

  • Narodziło się we mnie pragnienie bliskości Boga, odczuwania Jego obecności, poznawania Go coraz bardziej

  • Pragnę wypełniać Wolę Boga, a kiedy mi się nie udaje jej wypełnić- bardzo cierpię.. (Tak wcześniej nie było)

  • Nie mogę teraz żyć bez Boga, usycham bez Niego, więdnę, umieram...Tak moja dusza pragnie Boga, każdego dnia coraz bardziej. Coraz lepiej uświadamiam sobie jaką tragedią musi być piekło... czyli trwać na wieki bez Boga. Tak, stracić BOGA to piekło, to niewyobrażalne męki, jak pożerający ogień. Niebo zaś- niewysłowione szczęście. Tyle dane jest mi pojąć w duchu, choć moje poznanie wspaniałości Boga wobec jego rzeczywistej wielkości, jest jak mały pyłek wobec wszechświata....

  • Pragnę Boga:) 

 

       Jeżeli chodzi o moje życie modlitewne to:  

  • Co dzień myślę o Bogu i modlę się do Niego... a modlitwa ta pozbawiona jest sztuczności, formalizmu.. to wszystko wypływa z mojego serca, każde słowo wypowiadane jest z  pełną świadomością i wypływa z serca :)

  • Co dzień czytam Biblię. Dla mnie teraz  Biblia to skarb, pragnę ją czytać i pojąć głębię jej treści, dlatego proszę Ducha Świętego o Światło i dar rozumu.

  • Co dzień zawierzam się całkowicie Miłosierdziu Bożemu, pragnę go dla siebie i całej ludzkości

  • Co dzień zawierzam się całkowicie Woli Bożej, żeby wypełniła się we mnie. Ufam Bogu, wiem, że chce dla mnie tylko dobra, dlatego na tym etapie mojego rozwoju duchowego już potrafię i pragnę - świadomie i dobrowolnie- żeby moje życie toczyło się zgodnie z tym co On zaplanował dla mnie. 

  • Co dzień proszę Ducha Świętego aby kierował mną, dając mi natchnienia, Swoje Światło i dar rozeznania Jego Woli.

  • Co dzień odmawiam Koronkę do Bożego Miłosierdzia w intencji wybawienia dusz z czyśćca cierpiących, ale czasem też w innych intencjach... np. w intencji zbawienia mej duszy po śmierci i wszystkich ludzi świata.

  • kilka razy w tygodniu odmawiam Różaniec 

  • Co dzień zawierzam się Niepokalanemu Sercu Maryi, jej wstawiennictwu przed Bogiem. Oddaję się całkowicie w Jej czułą opiekę, w Jej ramiona, Jej ochronę mnie przed szatanem i pomagania mi abym dobrze wypełniła Wolę Boga. Tutaj chcę dodać, że kiedyś  prawie w ogóle nie modliłam się do Maryi, nie odczuwałam potrzeby zaprzyjaźnienia się z Nią itp. Dopiero teraz, tzn.  po lekturze orędzi "Prawdziwe życie w Bogu", gdy zbliżyłam się do Chrystusa, zapragnęłam również  zbliżyć się do Jego Matki. I już jesteśmy blisko, choć wiem, ze to dopiero początek... że kiedyś moje relacje z  Matką Boga będą bardziej zażyłe. Pragnę tego.. Bądź błogosławiona Maryjo!  

  • Staram się co dzień rozważać Mękę Jezusa, czasem jest to tylko krótkie wspomnienie, a czasem ma to formę odmawiania modlitwy zwanej Tajemnica Szczęścia św. Brygidy.  

  • Odmawiam inne jeszcze modlitwy, ale nie będę się rozpisywać na ten temat.

        Praktyki religijne

  • Uczęszczam z radością na Mszę Św. do kilku razy w tygodniu i przyjmuję Komunię Św.(kiedyś to było nie do pomyślenia!)

  • Chodzę co miesiąc do Spowiedzi, czasem nawet częściej, bo jak zdarzy mi się upadek... to nie zwlekam, tylko idę wyznać moja grzechy i prosić Boga o wybaczenie. 

  • Poszczę w środy i piątki o chlebie i wodzie. W te dni szczególnie dbam aby pościć sercem i składać nim dziękczynienie Bogu 

  • Praktykuję Nabożeństwo Pierwszych  Piątków i Nabożeństwo Pierwszych Sobót.   

  • Staram się raz w tygodniu, zazwyczaj w czwartek, pójść do kościoła na adorację Najświętszego Sakramentu. To są jedne z piękniejszych chwil (poza Komunią Świętą) w moim życiu duchowym. 

  • Czytam literaturę religijną  a także prasę katolicką, pisma teologiczne itp. 

 

To jest duża przemiana  w moim życiu.:) Rozumiem sens i wielką wartość w każdej z tych praktyk, modlitw. Jestem szczęśliwa. Można powiedzieć, że orędzia "Prawdziwe życie w Bogu" spełniły swój podstawowy cel- bardzo przybliżyły mnie do Boga. Sprawiły, że pokochałam Go mocno, i że praktykuję z radością moją wiarę. Pragnę być gotowa i oczyszczona na przyjście Jezusa w Chwale. Orędzia "Prawdziwe życie w Bogu" uświadomiły mi pilność i potrzebę aby być przygotowanym, aby każdy dzień  czekać ze spokojem i czystym sercem na powtórne przyjście Chrystusa, aby być gotowym. To jest jest jeden z tych owoców bardzo szczególnych w moim życiu dzięki lekturze orędzi "Prawdziwe życie w Bogu". Kiedyś choć wiedziałam z Ewangelii, że mamy czuwać, być przygotowanym  na przyjście Jezusa w Chwale, to jednak w ogólnie nie było to dla mnie ważne, nie obchodziło mnie to, lekceważyłam to polecenie i samego Boga.  Ale dopiero lektura orędzi "Prawdziwe życie w Bogu" subtelnie zachęciła mnie do dbania o czystość serca i spokojne, pełne ufności oczekiwanie na powrót  na ziemię Chrystusa, mojego kochanego Zbawiciela.

Zmianie uległ też mój stosunek do bliźniego. Teraz jestem jestem bardziej wyrozumiała i cierpliwa, ciepła i życzliwa w kontaktach z ludźmi. Chętnie wybaczam. Jestem bardziej przyjacielska. Ale wiesz na co szczególnie chcę zwrócić uwagę? Że wzrosła we mnie znacznie potrzeba niesienia dobra. Pamiętam kiedyś choć byłam wrażliwa na ludzką niedolę, to jednak często przechodziłam obojętnie. Teraz jest inaczej. Szybciej dostrzegam ludzi w potrzebie,  częściej podchodzę, pytam czy mogę jakoś pomóc. Pewnie, że nie zawsze... niestety nie zawsze... To też sprawia mi ból. bo wiem jak Bóg pragnie aby czynić miłosierdzie bliźniemu, jak On bardzo pragnie aby kochać bliźniego tak jak On ukochał nas, czyli po protu poświęcić się. Dlatego staram się wzrastać, chcę im bardziej pomagać, o wiele bardziej niż teraz, choć i tak zrobiłam postęp od kiedy Bóg zaczął mnie pouczać przez słowa orędzi. Teraz mam większą śmiałość i chęć, żeby do nich podejść. Nie ma już takiej bariery czy dystansu jak kiedyś.  Ale to też nie przyszło z nikąd. Prosiłam Boga aby obdarzył mnie łaskami i pomógł mi być lepszą dla bliźniego, bo ja nie umiałam pomagać ludziom... i często wybierałam przyjemności, zamiast służbę bliźniemu.  Teraz jest o wiele lepiej, choć wiem, że zaniedbuje wiele okazji do uczynienia dobra, że zbyt  mało się staram. Wiem, że jeszcze długa droga nauki przede mną...........  

Inną ważną zmianą w moim życiu, która zaszła  jest to,  że teraz pragnę aby ludzie pokochali Chrystusa, aby powrócili do Niego.... Ale to musi wypłynąć z ich świadomej i dobrowolnej decyzji, wypłynąć z ich serca... sami muszą chcieć, pragnąć... sami...  Dlatego ja jedynie mówię o miłości Jezusa do człowieka, proponuje porozmyślać nad tą miłością, nad Męką Chrystusa.. a potem już tylko modlę się za te osoby i zawierzam Bożemu Miłosierdziu. Dlatego też powstała ta strona www. Chciałam opowiadać o miłości Jezusa i Bóg dał mi takie natchnienie abym  to poprzez stworzenie strony internetowej  świadczyła o Jego miłości. I bardzo spodobało mi się to natchnienie. Prosiłam Ducha Świętego aby mnie poprowadził, abym wybierała fragmenty orędzi te, które On chce żeby się na stronie pojawiły, abym napisała komentarze takie jak On chce, nawet graficznie, żeby strona wyglądała tak jak On zechce. Długo się modliłam, aby dobrze rozeznać Jego Wolę. Także pisząc to świadectwo najpierw przez kilka dni modliłam się o Światło Ducha Świętego, aby pozwolił mi przypomnieć sobie rzeczy istotne w mojej przemianie życia, żebym nie pomięła tego co ważne i  żebym nie pisała rzeczy nie potrzebnych. Co dzień zawierzam wszystkich ludzi, którzy odwiedzają moją stronę Miłosierdziu Bożemu. Mam nadzieję, że osoby,  które odwiedzą moją stronę www przypomną sobie o miłości jaką darzy nas Jezus. Może ktoś rozważając nad fragmentami orędzi "Prawdziwe życie w Bogu", które są tutaj cytowane, poczuje chęć do zbliżenia się do Boga, tak jak to stało się ze mną....i potem dostąpi takiej przemiany jak ja, a może nawet większej?  Oby takich osób było jak najwięcej....Kimkolwiek jesteś, cokolwiek myślisz-  niech Bóg cię błogosławi i roztoczy nad tobą Swą błogosławioną opiekę.  A na koniec, kilka słów dziękczynienia:

 

 

 

Dziękuję Ci Boże za Twoją miłość do mnie i wielką litość jaką miałeś nade mną. Ty Boże doskonale wiesz w jakim stanie byłam, jak bardzo 

tonęłam w grzechu... Byłam tak obrzydliwie  brudna... Ale Ty jesteś najbardziej litościwy, najbardziej współczujący, Ty jesteś MIŁOŚCIĄ;  przygarnąłeś mnie w Swoje ramiona napełniając moją duszę pokojem i miłością i dając mi poznać orędzia. Poprzez nie stopniowo mnie pouczałeś, abym mogła wzrosnąć, czytać Biblię, i przede wszystkim tak bardzo cię pokochać i związać się duchowo z Tobą, że chcę żyć tylko Tobą i dla Ciebie..

 

Jezu Chryste, mój Panie i moja Miłości, dziękuję Ci za to wszystko. Tobie cześć i chwała.

Marzena

 

© made by marzena164.com, 2006.

Strona zawiera fragmenty orędzi  "Prawdziwe życie w Bogu"-Vassula Ryden. Jeżeli dotykają one twojego serca, rozpoznajesz w nich głos Boga, to przeczytaj te orędzia w całości i chronologicznie. Taka jest prośba Jezusa.